Omen: Początek

0

Dawno nie było żadnego horroru…

Na szczęście z rozwiązaniem przychodzi kultura chrześcijańska, która w tym temacie dała nam spore pole do inspiracji. Powstało dzięki temu wiele świetnych filmów, jak choćby „Egzorcysta”; „Omen”; „Dziecko Rosemary”; „Obecność” oraz „Tylko nie mów nikomu”.

Jasne, zdarzają się również paszkwile jak „Egzorcysta: Wyznawca” albo te dwie nieszczęsne części „Zakonnicy”, ale to wyjątki od reguły. Muszę przyznać, że jest coś przerażającego w tym spirytualizmie i metafizycznym świecie, gdzie istnieje siła przekraczająca ludzkie pojęcie. A jak dodamy do tego fanatyzm religijny niektórych osób i psychopatyczne dążenie do zbliżenia się do stwórcy, to otrzymujemy naprawdę niepokojący obraz. Ale wracając do filmu…

Niedawno otrzymaliśmy nowy film skupiający się na kościele, Bogu i Antychryście, czyli „Omen: Początek”. Prequel serii, która trwa od blisko 50 lat, w dodatku nakręcony przez debiutantkę.

Czy ten film okazał się dobrym omenem i pokazał, że cuda się zdarzają?

Przekonajmy się…

Za reżyserię odpowiada Arkasha Stevenson, która wcześniej reżyserowała odcinki serialu „Legion”. Scenariusz napisali Arkasha Stevenson oraz Tim Smith. Jak przed chwilą wspomniałem, „Omen: Początek” to prequel serii filmowej zapoczątkowanej w 1976 r. przez Richarda Donnera. W telegraficznym skrócie opowiada on o młodym Antychryście Damianie, wokół którego zaczynają się dziać różne paranormalne zjawiska.

Sam wcześniej nie oglądałem tego filmu. Jedynie słyszałem, że taka seria istnieje i że rzekomo ciąży nad nią klątwa, wedle której wszystkich aktorów z jedynki spotkało nieszczęście. Ale o tym może kiedy indziej. Jednak zachęcony zwiastunem oraz wysokimi ocenami, postanowiłem wybrać się na seans. Ci, którzy znają mnie wystarczająco długo wiedzą, jakie ja mam podejście do horrorów…

Przejdźmy do fabuły.

Zaczynamy od spotkania Ojca Brennana z Ojcem Harrisem. Ten ostrzega go przed dziewczyną z sierocińca w Rzymie, która ma spłodzić Antychrysta. Po czym dostajemy jedno z najciekawszych ujęć, po którym oczy miałem jak pięć złotych i nie wiedziałem, czy mam się bać, czy śmiać.

Razem z Margaret, która niedługo ma przyjąć śluby, wyruszamy do Rzymu, gdzie ma pracować we wcześniej wspomnianym sierocińcu. W międzyczasie poznaje ona Carlitę i nawiązuje z nią bliską relację. Z czasem zaczyna zauważać coraz więcej niepokojących oznak i dziwnych zjawisk. Z początku traktuje to jako wytwór swojej wyobraźni, jednak z czasem odkryje mroczną prawdę zamkniętą głęboko w murach kościoła…

Fabularnie „Omen: Początek” jest klasycznym horrorem o osobie znajdującej się w nowym miejscu i odkrywającej jego kolejne tajemnice. Jednak do tego reżyserka postanawia dodać wątki paranormalne i bohaterkę, która jak się dowiadujemy w trakcie filmu, miała wybujałą wyobraźnię. Często nie odróżniała prawdy od fikcji. Co jak wiadomo potrafi różnie wyjść. Tak poza konkursem powiem, że jednym z lepszych filmów z tym motywem było „Wcielenie” w reżyserii Jamesa Wana.

Polecam sprawdzić.

Muszę przyznać, że pani reżyser wykorzystała ten motyw w ciekawy sposób. Do tego stopnia, że przez większość seansu miałem mętlik w głowie. Cały czas zastanawiałem się co jest prawdą, co wytworem wyobraźni głównej bohaterki, a co zjawiskiem paranormalnym. To w jak umiejętny sposób potrafi budować napięcie i w odpowiednim momencie walnąć w widza jumpscarem. Sprawia, że z zainteresowaniem i niepokojem obserwowałem główną bohaterkę, która stara się dowiedzieć o co tak właściwie chodzi?

Tutaj uspokajam wszystkich zaniepokojonych, którzy zastanawiają się, czy trzeba oglądać wszystkie części, aby się połapać. Nie trzeba, bo jak nomen omen tytuł wskazuje, jest to początek i rozgrywa się to przed wydarzeniami z filmu z ’76 r. Ja sam nie oglądając tej serii wcześniej, na nowym filmie bawiłem się bardzo dobrze i nie było problemu z ogarnięciem fabuły.

Aktorsko ten film wypada równie dobrze, bo oprócz tak znanych aktorów jak Charles Danse oraz Bill Nighy mamy tutaj sporo świetnych występów aktorskich. Nell Tiger Free jako Margaret jest genialna i przez cały film widzimy u niej wszystkie możliwe emocje. Od radości, poprzez przerażenie, na totalnej psychozie skończywszy. Poza tym lubimy jej postać od samego początku, przejmujemy się jej losem i kibicujemy, żeby wszystko dobrze się skończyło.

Ralph Ineson w roli Ojca Brennana jest świetny i mimo, że jest go dosyć mało na ekranie, to potrafiłem wczuć się w ten jego wątek śledztwa, w poszukiwaniu przyszłej matki Antychrysta. Wspomniany Bill Nighy jako Kardynał Lawrence wypada rewelacyjnie i potrafi jednocześnie budzić sympatię, jak i przerażenie u widza.

Muzyka…

W genialny sposób wykorzystuje motywy religijne, z tymi wszystkimi chórami itp. budując otoczkę strachu. I jak w takiej „Zakonnicy” te chóry były wykorzystywane po wielokroć, przez co zamiast budować napięcie, rozwadniały je. Tak tutaj nie ma ich przesadnie dużo, ale kiedy już są, to robią robotę.

Osadzenie miejsca akcji w Rzymie w latach ’70, kiedy to ludzie zaczęli protestować, a kościół robił wszystko, żeby ich nawrócić na odpowiednie tory, wypada ciekawie i pozwala na zagłębienie się w fabułę. Poza tym nie oszukujmy się, Rzym jest po prostu piękny. Świetna praca kamery i ukazanie całej panoramy miasta pozwala nam na doszczętne zagłębienie się w nim. Od skromnych uliczek i kamienic, na wielkim i monumentalnym kościele skończywszy.

Negatywy?

Jedyny minus mam do tempa filmu. Na samym początku mam wrażenie, że osiąga od zera do setki w mniej niż trzy sekundy, żeby w mniej więcej w połowie nieco zwolnić i na samym końcu z podobną do tej na początku werwą zabrać widza na szaloną jazdę bez trzymanki.

I faktycznie w połowie film dosyć mocno zwalnia, ale w zamian za to dostajemy kilka psychodelicznych scen, świetne ujęcia na Rzym i możliwość poznania bliżej Margaret oraz Carlity. Dlatego bardziej niż jakąś wielką wadę, traktuje to jako lekkie nieudogodnienie.

Z kolei na plus wypadają efekty specjalne, których jest tutaj całkiem sporo. Te wykonane są znakomicie. Często i gęsto wywoływały u mnie przerażenie połączone z obrzydzeniem. Jak choćby ręka diabła wychodząca z wiadomej części kobiety w trakcie porodu. Pozdrawiam wszystkich jedzących obiad w tym momencie. Poza tym sam Szatan, który przez większość czasu pojawia się zdawkowo, zazwyczaj wystawiając swoją dłoń, aby na końcu pokazać się w pełnej krasie.

Podsumowując „Omen: Początek” to świetny film, który zamiast odcinać kupony od znanej już wszystkim serii filmowej, dodaje wiele od siebie. Skrzętnie opowiedziana fabuła, sympatyczni bohaterowie, świetna praca kamery. Główne miejsce akcji i horror, który nie wali nas po głowie jumpscare’ ami, a umiejętnie żongluje nimi sprawiając, że boimy się wszystkiego.

To by było na tyle, dajcie znać, czy widzieliście już „Omen: Początek” ?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *