Wonka

0

„Sekret nie tkwi w czekoladzie, ważni są ludzie, z którymi się nią dzielisz…”

Czekolada- wyrób cukierniczy, który od setek lat przynosi radość i szczęście milionom ludzi na całym świecie. Jej historia sięga jeszcze czasów Starożytnych Majów i Azteków. Ci pierwsi wykorzystywali nasiona kakaowca właściwego, w celu przygotowania napoju dla najbogatszych o nazwie Xococalit, u nas tłumaczone jako gorzka woda.
Następnie, w XVI wieku, kiedy to Hiszpanie z Krzysztofem Kolumbem na czele odkryli Amerykę, odkryli również ziarna kakaowca i przewieźli je do Europy. Nie spotkały się one z entuzjazmem. Głównie ze względu na brak wiedzy, jak można je przygotować. Z rozwiązaniem przyszedł Hernan Cortes, który w 1518 r. odkrył silos zawierający 100 mln ziaren kakaowca, posortowanych w 40 tys. składowanych ładunków. Jednak dopiero w XVII wieku popularność zyskały roztarte nasiona kakaowca, zalane ciepłą wodą z dodatkiem cukru.

W końcu w 1828 r. Casparus van Houten Senior opatentował metodę proszkowania nasion kakaowca. Z kolei jego syn wynalazł proces alkalizowania czekolady zwany dutchingiem. Tymczasem Francis Fry, z połączenia kakao, cukru oraz rozpuszczonego tłuszczu kakaowego, wylanego do formy, uzyskał pierwszą tabliczkę czekolady.

Rodzajów czekolady i możliwości jej podania jest tyle, że spokojnie starczyłoby ich na co najmniej trzy książki i z każdym rokiem jest ich coraz więcej.

Jednak nie zależnie od tego, ile by ich nie było, każda sprawia taką samą radość…a przynajmniej mi. Najwyraźniej podobnie myślał autor książki „Charlie i fabryka czekolady”, czyli Roald Dahl.

Jest to zdecydowanie jedna z najpopularniejszych pozycji młodzieżowych. Ja sam pamiętam, jak czytałem ją w ramach lektury szkolnej. Przyznam, że wracam do niej z pewnym sentymentem. Przyjemna historia, która oprócz fantastycznego świata, ma przystępny i wartościowy morał, z którego każdy wyciągnie coś dla siebie.

Rzecz jasna, nie mogło się obyć bez adaptacji filmowej, jak to już się zdarzało w tego typu przypadkach. Pierwszą z nich otrzymaliśmy w 1971 r., a postać naszego szalonego cukiernika grał Gene Wilder. I muszę przyznać, że z perspektywy lat, wygląda ona jak dobry trip narkotykowy. Ja niestety tego filmu nie oglądałem, ale wiele osób pozytywnie wypowiada się na jego temat.
Następnie, w 2005 r., otrzymaliśmy kompletnie inną wersję od Tima Burtona, tym razem z Johnny’ m Depp’ em jako Willy Wonka. Ten film znam bardzo dobrze i wracałem do niego po wielokroć. Głównie ze względu na styl reżysera i tą podkręconą do maksimum wizje fabryki czekolady. Poza tym uwielbiam Depp’ a w roli Wonki. Naprawdę fantastyczny casting.

A teraz, w 2023 r., dostaliśmy zupełnie nową wersję. Tym razem jednak, zamiast ponownie opowiadać historię Charlie’ go i jego wizyty w fabryce, poznamy początki Willy’ego Wonki.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić was do tego fantastycznego świata. Dlatego też, weźcie ze sobą tabliczkę czekolady i chodźcie.

Przed wami, Wonka…

Za reżyserię filmu, odpowiada Paul King. Ten nakręcił dwie części „Paddington’a”, o którym opowiem za chwile. Natomiast scenariusz napisali Paul King oraz Simon Farnaby. Ten drugi również pracował nad Paddington’em i stworzył takie filmy jak „Łotr 1” oraz „Krzysiu, gdzie jesteś?”.

Ja wszystkie te filmy znam i lubię. „Łotr 1” jest jednym z filmów z serii „Star Wars”, które faktycznie chętnie oglądam. W przeciwieństwie do nowej trylogii i tych wszystkich nowych seriali, które wychodzą w ilościach hurtowych.
Z kolei „Krzysiu, gdzie jesteś?” było całkiem przyjemną historią, o dorosłym już Krzysiu, który ponownie spotyka się z Kubusiem Puchatkiem i resztą przyjaciół ze Stuwiekowego lasu. Ten z resztą grany był przez samego Ewan’ a „Hello There” McGregora.
I w końcu nasz „Paddington”, którego uwielbiam całym swoim sercem. Te filmy mają w sobie całą masę uroku, wyobraźni i zabawy z niej płynącej. To jest ten rodzaj filmu, który jest jak ciepły kocyk, w chłodny, zimowy wieczór. A my tylko opatulamy się nim i od razu czujemy się szczęśliwi i zadowoleni.

Poza tym sam Paddington jest świetną postacią i z wielką chęcią ogląda się go na ekranie. Szczególne miejsce u mnie ma druga część, za segment w więzieniu i Hugh Granta, który wciela się tutaj w głównego złego. Z resztą on jeszcze wróci do nas trochę później.

Twórcy mieli więc już doświadczenie w pisaniu przyjemnych historii, z fantastycznymi, w przenośni i dosłownie, bohaterami. Ja, kiedy dowiedziałem się, że to oni będą pracować nad tym filmem, byłem bardziej niż zadowolony. Zwłaszcza po zwiastunach, które wręcz kipiały tą fantastycznością całego świata i magią z niego płynącą. Poza tym Timothee Chalamet w roli głównej prezentował się naprawdę dobrze.

Jak ostatecznie wyszło?

Przenosimy się do bliżej nieokreślonego miasteczka, w którym to poznajemy Willy’ego Wonkę. Młodego wynalazcę, magika i cukiernika, którego marzeniem jest otworzyć własny sklep z czekoladą, w galerii smakoszy.
W zrealizowaniu tego marzenia pomoże mu Nitka, młoda sierota, która chce znaleźć swoich rodziców oraz Abakus, Porcelia, Larry i Ludka. Sympatyczna czwórka, która ma dług u ekscentrycznej Pani Skrobicz i Bielarza. Jednak tam, gdzie są wielkie marzenia, muszą się pojawić przeszkody.

Czekoladowy kartel nie za bardzo cieszy się na nową konkurencję i razem z szefem policji zrobią wszystko, aby pokrzyżować Wonce plany. Czy Willy’ emu uda się osiągnąć cel i spełnić swoje marzenie?

Fabularnie „Wonka” jest podobny do wspomnianego wcześniej Paddington’ a. W obydwu przypadkach mamy prostą historię, z sympatycznym głównym bohaterem, pięknym i fantastycznym światem przedstawionym oraz przyjemnym morałem na koniec. I to wszystko w obu filmach działa znakomicie. Głównie ze względu na jego prostotę.

Nie potrzebujemy wcale wielowątkowej historii o podłożu politycznym lub kina akcji z masą eksplozji, żeby się dobrze bawić. Wystarczy nam ciekawy główny bohater, któremu kibicujemy i chcemy oglądać na ekranie. Świat, który będzie swoistym bohaterem tej opowieści. Dobrze napisane postaci drugoplanowe, ciekawe czarne charaktery i tyle.

I to nie jest też tak, że to jest film tylko dla dzieci i dlatego musi być prosty, żeby czasem się nie pogubiły. Bo znajdziemy przecież całą masę filmów dla najmłodszych, gdzie poruszane są tego typu wątki. Po prostu „Wonka” w natłoku tego wszystkiego jest naprawdę przyjemną odmianą. Zarówno dla najmłodszych, jak i tych starszych.

Dla mnie była to przecudowna zabawa i najzwyczajniej w świecie przyjemny film. Kiedy siedziałem na sali kinowej, od samego początku byłem oczarowany tym światem. A im dalej w las, tym lepiej się bawiłem. Mamy tu praktycznie wszystko, co składa się na dobry film. Począwszy od Willy’ego Wonki, poprzez ten nomen omen, cukierkowy świat, na historii skończywszy.

I tak jak Paddington, „Wonka” jest miodem na moje serce. Jak tylko wyszedłem z kina, czułem się szczęśliwy. Byłem pełen energii i cały czas myślałem nad tym filmem, przy okazji nucąc sobie piosenkę Oompa Loompasa, granego przez Hugh Granta. Za samo to moim zdaniem warto wybrać się na ten film.

A skoro była mowa o świecie w Wonce, to ten jest według mnie cudowny. Mamy tutaj trochę połączenie Wielkiej Brytanii, w której z resztą faktycznie kręcono ten film, z domieszką Francji. Najlepiej to widać po tych wszystkich budynkach, strojach i wystrojach wnętrz. I mimo, że wymyślone, to to miasto jest dla mnie jak najbardziej realistyczne.
Tutaj ostrzegam wszystkich, którzy planują wybrać się na seans. Ten film to musical. Co mniej więcej oznacza, że mamy tu piosenkę co minutę, nagle wszyscy nauczyli się tańca, a wszystko dookoła zmienia się diametralnie.

Czy musical to dobry pomysł?

Dlatego jeśli nie jesteście fanami musicali, to raczej możecie go sobie odpuścić. Ja natomiast uważam, że jest to genialny zabieg. Przede wszystkim dlatego, że wpisuje się w całą tą historię i oddaje charakter głównego bohatera. Wszystko to jest pełne życia, kolorów i same piosenki po prostu wpadają w ucho i już nie chcą wyjść z głowy. Szczególnie piosenka „Oompa Loompa”, która chodzi za mną do tej pory. Każda z nich wypada rewelacyjnie i wielokrotnie miałem ochotę wstać i tańczyć po całej sali, wraz z głównymi bohaterami.

Miałem trochę poczucie, jakbym trafił na jedną, wielką przejażdżkę po lunaparku. Wszędzie pełno kolorowych dekoracji, wymyślnych postaci i chwytliwa melodia. A ja tylko podziwiam to wszystko i nie chce opuszczać tego miejsca. Nawet teraz po seansie, aż miło mi jest wrócić myślami do tego wszystkiego.

Timothee Chalamet jako Willy Wonka, jest fantastyczny. Od samego początku wręcz zaraża nas tą swoją pozytywną energią i lubimy jego postać. I fakt, nie przechodzi on jakiejś specjalnej drogi lub zmienia swoje nastawienie w trakcie filmu, ale w niczym nam to nie przeszkadza.
Na duży plus zasługuje również jego wokal. Chłopak ma naprawdę dobry głos, a „Pure imagination” w jego wykonaniu, słucha się bardzo dobrze. Poza tym jego mimika, ruchy ciała, gestykulacja, tylko nam podkręcają jego zwariowany charakter.
Przyznam się szczerze, że po tym jak wypadł w filmie „Diuna”, tu bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i kupił mnie już na starcie. Ta rola tylko podkręciła moją sympatię wobec niego. Już nie mogę się doczekać, jak wypadnie w drugiej części „Diuny”.

Wszyscy bohaterowie drugoplanowi, którzy pomagają Wonce, są równie dobrzy. Każde z nich ma odpowiednio zarysowany charakter, swoją rolę w fabule i pałamy do nich sympatią. Trójka złoczyńców, w ogóle uwielbiam, fakt że oni nazywają się narkotykowym kartelem…to znaczy czekoladowym kartelem.

Wracając, moim zdaniem wypadają świetnie. Są oni tak bardzo przerysowani i złowieszczy w swoich knowaniach, że brakowało mi tylko, żeby kręcili wąsem i złowieszczo się śmiali. Ale to jak najbardziej działa w ramach tego świata i często jest pretekstem do bardzo zabawnych żartów.

I w końcu Rowan Atkinson oraz Hugh Grant, którzy kradną show i są genialni w swoich rolach. Obaj panowie mają zaledwie kilka scen w całym filmie, ale kiedy już się pojawiają, to nie mogłem oderwać od nich wzroku.

Przede wszystkim od Hugh Granta jako Oompa Loompa. To co on robi w tej roli, jest dla mnie niesamowite. Ma genialny głos i piosenka w jego wykonaniu to czyste złoto. Ogólnie uważam, że jest to zdecydowanie jego rok. Najpierw „Gra Fortuny” od Guy’ a Ritchie’ go, potem rola w „D&D”, a teraz „Wonka”. Szczerze nie mogę się doczekać jego następnych ról…

Podsumowując, „Wonka”, to moim zdaniem bardzo dobry film. Świetny główny bohater, sympatyczne postaci poboczne, Hugh Grant kradnący całe show, cudowny świat i muzyka, która pozostaje z nami na długo.

Szczerze, dawno nie miałem takiego pozytywnego odczucia po jakimś filmie. Tak brakowało mi prostej historii, która by mnie pochłonęła bez reszty od samego początku i dała czystą radochę z oglądania tych wszystkich fantastycznych rzeczy.

Dalej podtrzymuje tezę, że ten film jest jak swoisty ciepły koc na chłodne wieczory. Chociaż tutaj bardziej adekwatne by było powiedzieć, że „Wonka” jest jak tabliczka czekolady, po ciężkim dniu w pracy/szkole.

Kiedy jesteśmy totalnie wykończeni i nic nie chce nam się robić, bierzemy sobie kostkę naszej ulubionej czekolady i wszystkie problemy znikają a my rozkoszujemy się jej smakiem. Z tą myślą was zostawię i ponownie zaproszę na seans filmu „Wonka”. Trzymajcie się i do następnego kęsa …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *